MENU GŁÓWNE
  • 1: Strona główna
  • 2: Otrębusy i okolice
  • 3: Aktualności
  • 4: Forum dyskusyjne
  • 5: Ogłoszenia
  • 6: Informacje sołeckie
  • 7: Artykuły
    • 7.1: Bieżące
    • 7.2: Patroni naszych ulic
    • 7.3: Historyczne i archiwalne
    • 7.4: Wywiady
  • 8: Sławni ludzie
  • 9: Ciekawe miejsca
  • 10: Kultura
  • 11: Instytucje
  • 12: Katalog firm
  • 13: Galerie
  • 14: Komunikacja (PKS/WKD)
  • 37: Portal
SZUKAJ W PORTALU

Wpisz frazę do wyszukania:







www.kuba.skrzecz.pl

Jeśli uważasz ten portal za pożyteczny i chcesz aby się rozwijał




Historia mogiły w podkowiańskim lesie wg. Anny Lewińskiej

Według relacji mojego teścia Zdzisła wa Lewińskiego, mieszkańca Kań od kil ku pokoleń, w czasie okupacji w lesie Młochowskim Niemcy wielokrotnie dokonywali eg­zekucji miejscowej ludności. Raz około godziny 4 rano 1 października 1944 roku przywieziono tu samochodami i rozstrze lano większą grupę więźniów.

Mój dziadek Stanisław Widuliński, współwłaściciel garbarni „Natalin" w Grodzisku, człowiek wielkiej prawości i szlachetności, uznał za swój obowiązek pomóc przeżyć czas okupacji wszystkim, którym można było pomóc. Każdy potrzebujący otrzymywał wsparcie w posta­ci pieniędzy, jedzenia, ubrań, węgla czy dokumentów. W jego mieszkaniu odbywały się komplety gimnazjum, wielu mło­dych ludzi dostało kupione u niemieckie­go lekarza zaświadczenia o gruźlicy, któ­re chroniły ich przed wywiezieniem na ro­boty do Niemiec.

Kiedy zaczęto tworzyć getta, w gar­barni „Natalin" schroniło się wielu ludzi pochodzenia żydowskiego. Ilekroć pro­wadzono szosą z Warszawy więźniów, pracownicy garbarni byli wyprowadzani przed bramę, aby „robić tłok", co pozwa­lało zawsze kilku więźniom wmieszać się między nich i uciec.

Młodzież mieszkająca w garbarni by­ła związana z Armią Krajową. Anna Ka­mińska była łączniczką; jej brat Stanisław wrócił do domu z Kampinosu na dzień przed aresztowaniem. Jan Kamiński — oj­ciec kupił specjalnie konia i bryczkę, aby co tydzień dostarczać oddziałom party­zanckim w Kampinosie żywność, lekar­stwa i skóry.

Armia Krajowa miała w grodziskim gestapo swoją „wtyczkę" w osobie tłu­maczki, Polki z poznańskiego i od niej otrzymała informację, że Niemcy szykują jakąś większą akcję w nocy z 30 września na 1 października. Żołnierze AK i Sza­rych Szeregów otrzymali rozkaz opusz­czenia na tę noc miasta. Dlaczego nie do­tarł on do garbarni?

W nocy 30 września 1944 r. gestapo aresztowało w garbarni wszystkich męż­czyzn i chłopców oraz grupę ludzi, którzy schronili się tam po powstaniu warszaw­skim. Zabrano ich do siedziby gestapo w Grodzisku i tam dotkliwie pobito. Według relacji p. Stadkowskiej, która uprze­dzona przez jednego z żandarmów obser­wowała z okna ich wyjazd, nie byli w sta­nie wsiąść o własnych siłach do samocho­dów. Wrzucano ich bujając za ręce i nogi. Spodziewali się, że jadą do obozu w Pruszkowie, ale za Podkową samocho­dy skręciły w las. Kiedy dojechali na miejsce egzekucji, doły były już częścio­wo wykopane. Rozstrzeliwano ich kolej­no; jako jeden z pierwszych zginął brat mojej matki Jan Stanisław Widuliński lat 19, a piętnastoletnim chłopcem, który płakał — o czym pisze p. Skaradziński — był Tadeusz Kamiński.

Zanim Niemcy zaczęli strzelać, mój dziadek Stanisław Widuliński powiedział do swego syna i innych chłopców, że sko­ro los wyznaczył im zginąć, należy przy­jąć śmierć ze spokojem i godnością. Tłu­maczył również Tadziowi, żeby się nie bał, bo śmierć boli krótko.

Ostatni miał zostać zastrzelony kole­ga mojego stryja Jana Potyńskiego z od­działu partyzanckiego w Kampinosie, który dostał się w ręce gestapo, kiedy ran­ny w bitwie pod Jaktorowem ukrywał się w stodole we wsi Budy. Niemcy wsiadali już do samochodów i zostało z nim tylko dwóch. Jeden z nich zauważył na jego rę­ce sygnet i kazał go sobie oddać. Sygnet ten dała mu matka, gdy szedł „do lasu", mówiąc, że uratował on już życie wielu mężczyzn z jego rodziny, więc i jemu po­może.

I rzeczywiście posiadacz sygnetu kopnął Niemca między nogi i zaczął uciekać w las. Zaczęli do niego strzelać, ale ponieważ potknął się i upadł, kule przele­ciały nad nim. Później stracił przytom­ność. Kiedy ją odzyskał, było już południe.. Poszedł do Brwinowa, gdzie spotkał znajomych, którzy pomogli mu w dalszej ucieczce.

W końcu marca 1945 roku w ręce Rosjan wpadł w Żyrardowie jeden ze spraw­ców egzekucji i to on wskazał jej miejsce.

W ekshumacji zwłok brała udział między innymi moja babcia Halina Widu-lińska i brat dziadka Stefan Widuliński. Według relacji z mogiły wydobyto około 30-40 ciał. Anna Kamińska miała włosy związane drutem kolczastym, jej brat Jan miał nogę przestrzeloną i przewiązaną chustką, jeden z niezidentyfikowanych mężczyzn miał na ręku srebrną bransoletkę z wygrawerowanym napisem „hr. Ra­czyński".

Wszystkie zwłoki, które zostały zi­dentyfikowane, spoczęły w grobach ro­dzinnych na cmentarzach w Grodzisku

i Brwinowie; te, których nie dało się zi­dentyfikować, przewieziono do Grodzi­ska i pochowano we wspólnej mogile w rogu cmentarza. W pogrzebie brał u-dział ówczesny rosyjski wojskowy ko­mendant miasta Biełousow. Wygłosił na­wet przemówienie i wzruszał się losem Tadzia Kamińskiego. Jego słowa: „Cóż mógł piętnastoletni chłopiec przeciwko Niemcom", nie spotkały się jednak ze spodziewanym uznaniem, jako że uczest­nicy pogrzebu mieli jeszcze na świeżo w pamięci, jak to radzieckie samoloty „pomyliły" chłopskie furmanki z nie­mieckimi czołgami i w pierwszy dzień targowy po opuszczeniu przez Niemców Grodziska zbombardowały rynek i oko­liczne domy, raniąc i zabijając kilkaset niewinnych osób. Wtedy w garbarni zno­wu darto obrusy na bandaże.

W czerwcu do mojego stryja przy­szedł list od tego uratowanego z egzekucji kolegi, w którym opisał on dokładnie miejsce i przebieg wydarzeń. Nie wiem, kto wybrał cytaty wypisane na leśnej mo­gile, ale wyjątkowo dobrze oddają sens słów, które według jego relacji wypowie­dział mój dziadek przed śmiercią. List ten, przekazany mojej babce, wędrował z rąk do rąk, aż gdzieś zaginął. Stryj mój spot­kał się z tym człowiekiem jesienią na poli­technice w Gliwicach; ten młody, dwu­dziestoletni wówczas mężczyzna był już zupełnie siwy.

Pamiętam, że w końcu lat pięćdziesią­tych i na początku sześćdziesiątych w dniu święta zmarłych przy grobach osób wydobytych z tej mogiły harcerze trzymali warty honorowe.

Dwoje ludzi, których znaleźli i pocho­wali harcerze w czerwcu 45 roku, o czym pisze p. Grzegorz Przybysz w grudniu ub. r. musiało zginąć między początkiem kwietnia a czerwcem. Pewnie już nie do­wiemy się, kim byli i czy był to przypa­dek, że znaleziono ich w tym samym miejscu, czy też ktoś wybrał to właśnie miejsce celowo.

Myślę, że nie jest ważne, czyje zwłoki spoczywają teraz w tej mogile. I tak co ro­ku stawiam tam lampkę, bo jest to miej­sce, w którym kiedyś ktoś oddał swoje ży­cie za przyszłość naszą i naszych dzieci i za to należy się im pamięć i szacunek.

Anna Lewińska

Artykuł autorstwa Heleny Sarny o opisywanych mogiłach znajduje się tu.

Galeria:

Mogiły żołnierzy AK w lesie Młochowskim

Powrót

Komentarze

Komentarze mogą być dodawane i oglądane tylko przez zalogowanych użytkowników. Zaloguj się lub zarejestruj jeśli jeszcze nie posiadasz konta.

Powrót
Logowanie
Jak to działa?

Użytkownik:

Hasło:

Pamiętaj mnie na tym komputerze

Zapomniane hasło?

Zgubiony login?

Rejestracja nowego konta

Weź udział w konkursie

Nasi partnerzy

Roboty ziemneJP Perfekt


sebipol

Banner







  • Do pobrania
  • FAQ
  • Nasi partnerzy
  • Cennik reklam
  • Regulamin
  • Kontakt
Copyright © Sebipol