Autorka pamiętników, Halina z Odrzywolskich Toeplitzowa, żona Teodora, urodziła się w roku 1879, zmarła w 1947. Była córką powstańca z 1863 roku, Leona Odrzywolskiego. Teodora Toeplitza poznała na Ukrainie.
Teodor Toeplitz (1875-1937), działacz samorządowy i ławnik m. st. Warszawy, był jednym ze współzałożycieli Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej oraz współtwórcą Stowarzyszenia "Szklane Domy". Przez szereg lat zajmował stanowisko Wiceprezesa Międzynarodowego Związku dla Spraw Mieszkaniowych.
Pobrali się z Haliną Odrzywolską w 1900 r. i mieli czworo dzieci: Kazimierza Leona (1902-1991), urbanistę, długoletniego pracownika Instytutu Urbanistyki i Architektury; Jerzego Bonawenturę (1909-1995), założyciela i profesora Wyższej Szkoły Filmowej w Łodzi oraz Szkoły Filmowej w Australii; Jadwigę Połabińską (1903-1990) i Ewę (ur. 1917), artystkę graficzkę. Pamiętniki udostępniła nam córka Kazimierza Leona - Barbara Kaczmarek, malarka i graficzka, siostra Krzysztofa Teodora Toeplitza, dziennikarza i publicysty i Anny Kwiatkowskiej, która jest doktorem zootechniki. Rodzina Toeplitzów była związana z Otrę-busami od 1919 do 1946 roku, z przerwą w latach 1941-1945.
W czerwcu roku bieżącego 1930 skończyło się 11 lat od chwili, kiedy kupiliśmy Otrębusy. Tę dziwną nieparzystą rocznicę biorę jako początek "Książki Otrębusów", żeby upamiętnić w niej wszystkie ważniejsze chwile z tymi Otrębusami związane. Myśl początkową złożenia takiej książki miałeś dawno, Tedku, ale okoliczności tak się składały, że do rozpoczęcia jej nie dochodziło. Zaczynam je na nieparzyste znowu urodziny Twoje, życząc Tobie, sobie, nam wszystkim, długiego wypełniania jej najmilszymi zawsze zdarzeniami.
Otrębusy były niegdyś dużym, kilkudziesięciowłókowym majątkiem, który wiele razy zmieniał właścicieli, a w pewnej chwili, prawdopodobnie w początku naszego stulecia zaczął być parcelowany. Coraz to zmniejszała się ilość ziemi związana z ośrodkiem, sprzedawano ją co lat kilka lub kilkanaście. Nazwiska tych przechodnich właścicieli, które obiły się o moje uszy, są: Święcicki, Hamburger, hrabina Sadowska i Uklański, od którego kupiliśmy Otrębusy.

Propozycja nabycia ich wyszła od pana Ołdaka z Brwinowa, który w tej sprawie zjawił się u nas w Turczynku. Następnego dnia pojechaliśmy wraz z Kaziem Przecławskim, żeby zobaczyć ten "majątek" i Kazio z punktu gorąco zaczął namawiać do kupna jego. Otrębusy podobały mi się, szczególnie zachwycił mnie widok stawu w otoczeniu ogromnych świerków; wody było w nim dużo, gdyż deszcze nieustannie padały tego roku. Dom robił wrażenie nastrojowe zapuszczonego dworu wiejskiego. Sień, schody prowadzące na pierwsze piętro, salon na dole i na górze, mały jadalny pokoik - wszystko było wytapetowane ciemnemi czerwonemi, granatowemi i zielonemi tapetami w ogromne złote kwiaty. Nieco jaśniejsze były małe pokoiki sypialne, zastawione niesłychaną ilością łóżek. Salon na dole zawieszony był ciężkimi portierami bordo, natomiast meble, które stoją w nim nadal, miały pokrycie ze ślicznego niebieskiego materiału w stanie, niestety, dość żałośliwym.
Dom podzielony był na szereg mieszkań, były też cztery kuchnie: w kąpielowym na dole, w naszym sypialnym, w kąpielowym na górze i w dzisiejszym przejściu między salonem na piętrze i pokojem Leona. W piwnicy też była kuchnia, ale rozwalona. Pertraktacje z p. Uklańskim nie trwały zbyt długo.
Przeciw kupnu przemawiało: gospodarstwo zrujnowane, brak inwentarza martwego, dom wymagający remontu. Argumentem zachęcającym była niezła obora i plan kolejki elektrycznej, która co prawda, według naszych ówczesnych przypuszczeń, mogłaby kiedyś być zbudowana, ale chyba "dla wnuków".
Ostatecznie namowy Kazia, uważającego z punktu widzenia rolnika, że ziemia nie najgorsza, bliskość Warszawy i Turczynka zdecydowały nabycie Otrębusów i w czerwcu staliśmy się właścicielami trzech i pół włók ziemi za sumę 465.000 marek, pożyczonych od Józia.
Wraz z domem kupiony był stary garnitur mebli mahoniowych, pianino Sekwandera, dwa duże lustra z konsolami i trzy mniejsze do powieszenia na ścianie, stara kanapa mahoniowa, jedna mała serwantka rogówka, druga - większa zwykła, kilka krzeseł i kilkanaście obrazów, przeważnie niezłych martwych natur.
Naturalnie po załatwieniu kupna pragnęliśmy jak najprędzej sprowadzić się do Otrębusów, snując zawczasu marzenia o gospodarce, pracy na roli i w ogrodzie. Wobec ciągłego przebywania Tedka w Warszawie, gdzie pochłaniała go gospodarka miejska, koniecznością okazało się znalezienie pomocnika znającego się na gospodarstwie. Wybór padł na pana Jana Przecławskiego i pod jego dyrektywą przystąpiło się do tymczasowego, pośpiesznego remontu domu. Zdarto majestatyczne tapety, pobielono ściany, jakkolwiek zreperowano drzwi i okna, wyrzucono liczne kuchnie, pozostawiając tylko jedną na parterze, w dzisiejszej dolnej łazience.
Dnia 16 sierpnia w sobotę sprowadziliśmy się wreszcie do Otrębusów.
Różne niedogodności z punktu dały nam się we znaki. W jadalnym pokoju brakło jeszcze kilku szyb, a że przez całą noc padał deszcz podłoga do połowy pokoju zalana była wodą. Przywykłym do mieszkań skanalizowanych brak było wody i innych urządzeń; mnie dokuczało specjalnie wylewanie w pobliżu domu pomyj wszelkiego rodzaju.
Ostatecznie jednak urządziliśmy się jako tako i zaczęliśmy rozmyślać o uroczystych osiedlinach. Beztroskie te projekty przerwał niespodziewanie wyjazd Lolka do powstania śląskiego. Niby z humorem, ale i ciężkim sercem jednocześnie żegnaliśmy jego i Romka Morozewicza razem wyjeżdżających "na wojenkę".

Po kilku dniach zdecydowaliśmy się pomimo wszystko nie smutkiem, lecz weselem rozpoczynać życie w Otrębusach i 7-go września odbyły się osiedliny, na których, oprócz naszej rodziny bez Lolka i Niny, bawiącej wtedy na kuracji w Krynicy, była Mama Toeplitzowa, Meyerowie w komplecie, Wellischowie, Przecławscy starzy i Ninką i Halką, Jankowie Przecławscy, Różyccy ze Zbyszkiem i jakimś wojskowym Francuzem, Lina Toeplitz z Zosią, Kazio Brzeziński, Nelka Litten, Stasia Radzikowska. Stół do kolacji był ustawiony w gabinecie na górze a bawiono się i tańczono na dole w salonie i na tarasie, gdyż upał był tego dnia ogromny i w nocy niewiele się ochłodziło. Do tańca grała Zosia Meyerowa i ów Francuz. Autem jego młodzież odwoziła na stację do Brwinowa Janka Meyera wracającego do pułku. Około 2-giej skończyła się zabawa; gości w wesołych nastrojach odprowadzał do Turczynka Tedek z Jadzią i Przecławskiemi, które pozostały u nas. Inni goście koleją wracali do Warszawy.
Po tej uroczystości rozpoczęło się normalne życie. a w monotonnej regularności jego zaszedł wtedy wypadek, który po raz pierwszy kazał mi myśleć o "duchach", błądzących po domu otrębusowskim. Późno w nocy zbudziły mnie ciężkie kroki kogoś, schodzącego ze schodków w Jadzi pokoju. Ponieważ wiedziałam, że służba spala po drugiej stronie domu, nad moim pokojem zaś nikt nie nocował, zaniepokoiło to mnie i zbudziłam Kasię, niańkę Ewy. We dwie zaczęłyśmy nasłuchiwać i po chwili usłyszałyśmy wyraźne stąpania, ale już niżej, na schodach do holu. Pozamykałam wtedy szybko wszystkie drzwi do przedpokoju, zbudziłam służbę, posłałam po p. Jana Przecławskiego, pomimo jednak skrupulatnych poszukiwań w domu i w ogrodzie nie znaleziono nikogo. Kilka razy potem mówiono mi o duchach w domu, a niedawno dowiedziałam się od syna p. Święcickiego, że była legenda o chodzącej po domu białej pani i człowieku z nożem.
W tym czasie zjawiły się związane z Otrębusami przeróżne kłopoty, wiele było irytacji, konieczności wkładów przeważnie zupełnie nieprodukcyjnych. Przyczyną ich było nasze nieprzygotowanie do prowadzenia małego gospodarstwa rolnego, zbyt kosztowna, na wielką miarę zakrojona administracja. Na trzech i pół włókach był rządca, ekonom, mleczarz, pastuch, ogrodnik i trzech parobków, wszyscy, oprócz mleczarza, na ordynacji. Mleczarz za to był na pełnym utrzymaniu. Pan Przecławski nie umiał wypracować planu prac, a nielicznych projektów bronić odpowiednio; jednym słowem szło niedobrze, zmarniała obora, pomarnowały się kupione przez nas konie i muły, kradli rozmaici co się dało.
Koniecznością stało się zmienienie systemu rządów i wobec tego na miejsce pana Jana wzięliśmy prostego ogrodnika - warzywnika, bardziej przyzwyczajonego do pracy na niewielkich przestrzeniach i do ogrodów handlowych.
Jednocześnie postanowiliśmy przeprowadzić wiosną 1920 roku kanalizację w domu, przenieść kuchnię do suteryn, wyreperować najbardziej popsute podłogi i okna oraz otynkować dom. Przy tych poprawkach okazało się, że w górnych pokojach wąskie okna od strony tarasu były zamurowane. Odbicie ich i wprawienie ram i szyb niewątpliwie dodało harmonii fasadzie od strony ogrodu. Front też zyskał wiele przez poszerzenie schodów do ganku i wyrównanie ściany pod dachem wedle rad architekta Karola Jankowskiego, dziś już nieżyjącego.
Przy tym remoncie też płaciliśmy frycowe. Przedsiębiorca Małgowski z Pruszkowa nie był zbyt skrupulatny, niedopilnowany dawał zły materiał i byle jak robił. Rajewski, ogrodnik, nie wtrącał się do spraw domu, nie znał się na tym zresztą również jak i ja, zajmująca się obecnie znacznie więcej gospodarstwem otrębusowskim.
I znowu sprowadziliśmy się w końcu czerwca do odnowionego domu zadowoleni i pewni, że nam będzie dobrze, cicho, wygodnie. Lato jednak 1920 roku nie pozwoliło zamknąć się w skorupce Otrębusów i nie odczuwać tego, co się w kraju działo.

W pierwszej połowie lipca poszli od nas do wojska trzej chłopcy: Lolek, Romek Morozewicz i Jerzy Kapliński, a Romek już nie powrócił, umarł pierwszych dni sierpnia na krwawą dyzenterię. Zagnieździł się w domu niepokój i o Lolka, i o losy kraju, gdy bolszewicy zbliżali się szybkim krokiem do Warszawy. Znowu rozgorzały na horyzoncie łuny, jak w pierwszych latach wielkiej wojny, słychać było strzały, oddziałki wojskowe zatrzymywały się u nas często, komunikacja kolejowa z Warszawą stała się niemożliwą.
Wobec związania Tedka z miastem chciał on nas mieć przy sobie i jednej soboty sierpniowej przyjechał z postanowieniem zabrania nas do Warszawy. Trzeba było spakować się, rzeczy złożyć na sprowadzony samochód ciężarowy i z rana w niedzielę wyjechaliśmy na czas nieokreślony, zostawiając z żalem na los niepewny nieźle już zorganizowane gospodarstwo.
Po dwutygodniowym pobycie w mieście wróciliśmy do dziwnie zmienionych stosunków; może był to skutek tego naszego szybkiego wyjazdu, jakby ucieczki, może jakiś powiew bolszewicki, jednym słowem popsuło się i tak nie składało, że nawet trzeba było rozstać się z Rajewskim.

Wtedy to zjechał do Otrębusów dotychczasowy nasz wielkorządca pan Grudziński, wojenny uciekinier z Mińska. Wtedy również objęła gospodarstwo wiejskie chuda, mała, w długiej żałobnej sukni p. Siedlecka. Na jesieni tegoż 1920 roku przekopaliśmy po raz pierwszy rowy na łące według planów prof. Skotnickiego. Również tej jesieni spędził u nas kilka tygodni malarz Konrad Krzyżanowski, który malował mój portret. Miłe jest wspomnienie czasu spędzonego z tym niezmiernie sympatycznym człowiekiem, pełnym humoru, niezrównanym gawędziarzem.
I znowu zima w Warszawie; dojazdy moje co tydzień, zaprowadzenie ksiąg gospodarczych pod dyrektywę p. Bieleckiego, dyrektora Pszczelina. Prowadzi się pertraktacje z Jakubowską, - której domek stał w dzisiejszym naszym ogrodzie niedaleko drogi, a wąski pasek nadziału serwitutowego przecinał grunta od strony Zosina (ówczesnego Klarysina) - o zamianę gruntów i przeniesienie domu. Na wiosnę 1921 roku sadzimy drzewka owocowe w tym nowym ogrodzie od strony wsi, według planu ogrodnika Falkowskiego. Ogradzamy cały ogród i folwark, kasuje się drogę przejazdową ze wsi przez folwark, z dwóch, na wpół rozwalonych domków mieszkalnych buduje się kurniki i chlew. Lato w tym roku jest niesłychanie upalne i suche; podsychają drzewa, nie tylko krzewy. W domu jest cicho, Mamusia z Jadzią i Tusiem wyjeżdżają na lipiec i pół sierpnia do Krynicy. W czerwcu przyjeżdża do nas Janka Przecławska, ciężko chora na zapalenie płuc, i całe lato leży z silną gorączką. Kilka tygodni letnich spędza Wacia Arciszowa.
W domku tak zwanym pana Grudzińskiego wynajęłam wtedy po raz pierwszy 2 pokoje z kuchnią na letnie mieszkanie. Lokatorami moimi była rodzina profesora geologii Jana Lewińskiego. On dojeżdżał tylko na święta, stale zaś mieszkała żona jego i dwie siostry z synami.
Po powrocie Mamusi z dziećmi wyprawiamy pierwsze i ostatnie uroczyste dożynki z muzyką, tańcami i śpiewami.
Lato 1922 roku. Znowu jesteśmy w Otrębusach; ja jestem pełna zapału i dobrej myśli, jakkolwiek dochodów nie ma, że ułoży się wszystko i będzie dobrze. Mieszkanie letnie wynajmuję na stałe dymisjonowanemu pułkownikowi Szyszkowskiemu.
Pogoda jest śliczna, urodzaje zapowiadają się cudownie, nastrój w domu wesoły, słoneczny jakiś. Lolek uczy się po całych dniach przygotowując się do egzaminów z pierwszego roku prawa.
Aż tu nagle spada na nas prawdziwie grom z jasnego nieba — aresztowanie Lolka w poniedziałek 26 czerwca. Po całonocnej rewizji w Warszawie policja zjawiła się z rana w Otrębusach i zabrali chłopca na długie ciężkie lata. Rewizje w domu, badanie służby, wzywanie jej do Warszawy do sędziego śledczego to gorzkie przeżycia, które posępną chmurą zasnuły nasze jasne niebo. Może nigdy odtąd nie wróciło ono do pogody, jaką miało przed całym tym przejściem. Pozornie wszystko szło zwykłym trybem, różni ludzie bliscy i dalsi wypoczywali u nas i nabierali energii życiowej, kilkakrotnie dłuższy czas przebywała Rózia Brzezińska, Jacek Mierzejewski spędził kilka tygodni jesienią 1924 roku, wykańczając swój obraz "Polonię" i wszyscy byli zadowoleni. Mam wrażenie, że jednak my oboje nie mogliśmy już znaleźć w sobie dawnej radości w pracy w Otrębusach, jakkolwiek wypełniało się ją wedle możności. Rwało się, nie składało poza nastrojem duchowym może i dlatego, że w domu były ciągłe choroby, odrywające od ciągłości zajęć, a i stan finansowy ciężki nie był bez wpływu.
Pobyt letni w 1929 roku popsuty był faktem wścieklizny małych piesków, szczeniąt Aty. Jeden z nich pokąsał 13 osób dużych i małych, między innymi Jerzyka Heybowicza, którego Henryk przysłał do nas na lato. Wraz z panią Makowską zajmowali oni mieszkanie po p. Szyszkowskim. Poza Jerzykiem poszkodowana była głównie służba, toteż posyłanie całej gromady na szczepienia do Warszawy mocno dało się nam we znaki.
W 1924 roku spędzają lato w słynnym naszym letnisku Barczowie, w 1925 r. Zapasiewiczowie, w 1926 r. radny PPS Dowódzki z żoną i synem. Ostatnimi lokatorami stałymi do wiosny 1928 r. byli pp. Kożuchowscy.

Po szarości przeważnej wrażeń radosną niezmiernie była chwila, kiedy Tedek przywiózł Lola z Łomży w pierwszych dniach sierpnia 1925 roku, na kilka dni pobytu przed wyjazdem jego za granicę. Blady był Leon, wynędzniały, ale odczucia bladły wobec najważniejszego faktu powrotu do normalnego życia. Niezwykłym wydarzeniem w życiu Otrębus było następnie rozpoczęcie pomiarów do trasy kolejki elektrycznej na wiosnę 1926 roku. Według planu, który przedstawił nam pan Uklański przy sprzedaży Otrębusów, kolejka miała przechodzić za folwarkiem od strony Kań. Przy pierwszych pomiarach wytyczono linię jej przez nasz ogród, przecinając ukośnie część ogrodu za aleją grabową od strony drogi do Nadarzyna. Szczęśliwie zatrzymano się przy innym projekcie. Budowa kolejki przybliżała niesłychanie Otrębusy do Warszawy, marzenia przeniesienia się na wieś na stałe nabierały cech realności. Zastanawialiśmy się nad tym poważnie jesienią 1927 r. podczas przedłużonego niezwykle pobytu na wsi wobec choroby mamusi, która przechodziła ciężkie zapalenie kiszek. Wielką przeszkodą do natychmiastowego przeniesienia się z miasta był fatalny stan domu, w którym mieszkanie zimą było niemożliwe. Latem nie przeszkadzało to, że okna nie przystawały do futryn, że drzwi się nie domykały, że podczas deszczów sufity zaciekały. Zimą podczas kilkudniowych pobytów moich,
a potem Jadzi, zajmującej się od 1927 r. gospodarstwem, mieszkało się przeważnie w jednym pokoju na dole — moim sypialnym. Trzeba więc było dom solidnie odremontować, żeby nam w nim było solidnie i zdrowo.

Ostatecznie Tedek poprosił architekta Karola Jankowskiego o zrobienie planu jego przebudowy; był to ostatni plan jego, gdyż jeszcze przed wspólnym rozpatrzeniem projektu umarł on nagle.
Przebudowa polegała przede wszystkim na zrobieniu sklepień w piwnicy pod całym domem, na zniesieniu ogromnej klatki schodowej i ganku od strony podjazdu, z których uzyskaliśmy duży przedpokój z wnęką, pokój służbowy na dole i Nini na górze. Na parterze powiększyliśmy prawie o drugie tyle pokój jadalny, a z łazienki i korytarza zrobiło się kredensowy i spiżarnię. W salonie na dole na miejscu pieca zrobiono duży kominek z czerwonej cegły. Dom dostał centralne ogrzewanie i światło elektryczne, posadzki we wszystkich pokojach parterowych, podłogę z linotolu w pokoju służbowym, holu, kredensowym, obydwu łazienkach i kuchni. Na górze zostało zmienione radykalnie poddasze Jadzi według projektu architekta Hekkera. Pokój gościnny, pokojem pp. Przecławskich nazywany zyskał duży taras nad dobudowaną częścią jadalnego. Całe piwnice zostały zmienione przez oddzielenie części na kocioł od ogrzewania i skład koksu, urządzenie suszarni do bielizny i ustawienie pompy automatycznej do wody.
Czas przebudowy trwający do 20.XII. 1928 r. przemieszkiwaliśmy w dawnym naszym domu w Turczynku, oprócz Jadzi, która wraz z Genią Radziówną przeniosła się do dwóch pokoi w domku p. Grudzińskiego, żeby na miejscu gospodarować oraz pilnować robót przy domu. Dzielnie dopomagał jej w tym Lolek, spędzający kilka miesięcy w kraju przed wyjazdem do Ameryki. Podczas tego sezonu letniego brakowało nam niezmiernie Aty, naszej prześlicznej i niesłychanie mądrej wilczycy, która zdechła na wściekliznę, pokąsana przez jakiegoś psa przed wyjazdem naszym z Otrębusów w jesieni 1927 r.
Przebudowę prowadził wspólnik nieboszczyka Jankowskiego, architekt Franciszek Lilpop. Przedsiębiorcą był p. Hickel z Pruszkowa, a robót pilnował młody pomocnik pana Lilpopa, student politechniki p. Chyrosz.
Wszystkie roboty miały być wykończone na wrzesień, tymczasem przeciągały się one niesłychanie. Mieszkanie warszawskie na Sewerynowie zwinęliśmy 19 listopada, pobyt w Turczynku stawał się coraz uciążliwszy, jakkolwiek dom był wedle możności zaopatrzony na zimę, toteż wszyscy wzdychaliśmy do przenosin.
Nareszcie w drugiej połowie przeprowadzili elektryczność i 20.XII.1928 r. zjechaliśmy do siebie. W domu było jeszcze pełno robotników, którzy wykańczali różne roboty, maszyna do wygładzania linotolu wyła przez cały dzień, ale godziliśmy się ze wszystkim, ciesząc się skończeniem bezdomności.
Dwudziestego czwartego była pierwsza Wigilia na wsi, na którą przyjechali Przecławscy, Różyccy ze Zbyszkiem, Meyerowie, Zygmuntowie z Basią, Wertensteinowie z dziećmi, Ania Wasowska, Nelka, Jurek Salapski. Brakowało nam bardzo Tusia, który od listopada był w sanatorium Solsana.
Po świętach dopiero zaczęło się ostateczne doprowadzanie domu do porządku, urządzanie poszczególnych pokoi, reperacja przeróżnych mebli, do dzisiaj zresztą niezupełnie ukończona.
Przeprowadzenie się na upartego na Święta okazało się niezwykle szczęśliwym pomysłem Tedka, gdyż na drugi dzień po naszym przyjeździe rozpoczęła się ta niezwykle mroźna zima 1929 roku, prawdziwie taka, której najstarsi ludzie niepamiętali. Mrozy dochodziły do trzydziestu kilku stopni Réaumura, drzewa w ogrodzie owocowym starym i nowym wymarzły w ogromnej ilości, zmarzły prześliczne, stare orzechy włoskie, zginęło wiele krzewów ozdobnych. Śnieg padał całymi dniami i było go tak wiele, że do stacji jeździło się sankami, gdyż przejście do furtki ciągle było zawiane. Przy silnych mrozach mieliśmy śliczną pogodę, słońce świeciło cudownie, a że spacery po ogrodzie (o chodzeniu po polach mowy nie było) było utrudnione, młodzież jeździła na nartach. W domu było ciepło zupełnie, woda w rurach nie zamarzała, inżynier Dobrowolski, który urządzał ogrzewanie i ulepszał kanalizację, cieszył się swoim dziełem.
Wiosna spóźniała się tego roku ogromnie, jeszcze w pierwszych dniach kwietnia nie można było przystąpić do robót polnych. Pomimo dość równomiernego spłynięcia śniegów ziemia w wielu miejscach jeszcze nie rozmarzła. Jedyną poważniejszą robotą gospodarską było kończenie ogrodzenia, przeniesionego na jesieni roku poprzedniego na granicę od wsi z racji przeznaczenia na tęż granicę drogi przejazdowej do gościńca, która poprzednio przechodziła tuż pod naszym spichrzem.
Wielkanoc (2 kwietnia) obchodziliśmy w zmniejszonym gronie rodzinnym. Tedek i Jadzia byli w Hiszpanii z wycieczką Związku Miast, Lolek w końcu lutego wyjechał do Ameryki, Tuś był w Davos. Jak zwykle przyjechali Przecławscy i Różyccy ze Zbyszkiem, Meyerowie ze Stefanem, Jankiem i Anią Wasowska, Wertensteinowie z dziećmi, które na kilka dni zostały u nas, Zygmuntowie, Nelka, Jurek Salapski, Genia. Mierzejewscy wyjechali do Piotrowic.
Po mroźnej zimie i spóźnionej, zimnej wiośnie zapowiadano nieurodzaj, a tymczasem zboża i ogrodowizny obrodziły, jedynie tylko brak owoców dawał się we znaki. Rozpoczął się też spadek cen, katastrofalny dla nas wobec targów pruszkowskich na warzywa, które dotychczas dawały nam w znacznej mierze potrzebną, płynną gotówkę w ciągu lata.
W sierpniu rozpoczęliśmy budowę silosów z nadzieją, że ułatwią nam one przechowywanie paszy i pozwolą wobec tego na intensywniejsze prowadzenie gospodarstwa mlecznego.
Na Wigilię zebrała się liczna gromada najbliższych, prócz Lolka, który był w Ameryce w szkole rolniczej w Farmingdale. Trzeba było roztworzyć całe drzwi do salonu i wstawić w nim drugi stół jadalny. Tu siedziało towarzystwo wigilijne. Nowy Rok witaliśmy w dość licznym, wesołym i przeważnie mało znanym dla wszystkich, prócz Tedka gronie gości, mieszkańców Żoliborza, którzy "kuligiem tramwajowym" przyjechali do Otrębusów. Nie było muzyki, ale ochoty do tańca nie brakowało.

Szybko minęła łagodna zima 1930 roku. Szczęśliwie nie było żadnych poważniejszych chorób, młodzież bawiła się kilka razy w domu, zresztą nic specjalnie ważnego lub interesującego nie zaszło.
Wielkanoc 16.IV. zgromadziła znowu przy święconem zwykłe towarzystwo bez Mierzejewskich, którzy spędzali ją w Piotrowicach i po raz pierwszy bez Przecławskich, zmuszonych do pozostania w Grodzisku ze względów rodzinnych. Przy stole zasiedli w zwykłym porządku małżeństwami Meyerowie, Zygmuntowie, Różyccy, Wertensteinowie z dziećmi, Reicherowie, Zbyszek, Nelka, Genia Radziówna.

Wiosna była piękna i pełna zapowiedzi dobrych zbiorów, drzewa i krzewy ozdobne kwitły niezmiernie bogato.
W końcu maja rozpoczęliśmy budowę oranżerii.
Dnia 1 czerwca przejeżdżał przez Otrębusy podczas objazdu ziemi warszawskiej Prezydent Rzeczypospolitej prof. Ignacy Mościcki, jadąc z Pszczelina do Pruszkowa. Wieś urządziła mu na skrzyżowaniu dróg wspaniałą bramę tryumfalną.
Od miesiąca przeszło nie ma deszczu, wszystko wysycha.
* * *
Księga Otrębusów leży na oknie w naszym pokoju, proszę dzieci, żeby zapisywały do niej ważne czy ciekawe wydarzenia, ale żadne nie może zdobyć się na to. A jest do zanotowania:
— ślub Lolka z Genią Radziówną 30 grudnia 1930 roku i wyjazd ich do Wapna,
— przyjazd z lecznicy pod wezwaniem św. Teresy Geni z malutką Basią 22 października 1931 roku,
— przyjście na świat w Otrębusach Krzysia 28 stycznia 1933 roku i chrzest jego 31 stycznia.
Zapisałam tylko daty tych ważnych faktów, może z czasem zechce je kto opisać szczegółowo.
* * *
Na tym kończymy druk nigdzie dotąd niepublikowanych wspomnień Haliny Toeplitzowej. Dziękujemy serdecznie p. Barbarze Kaczmarek za udostępnienie nam tego unikalnego tekstu, jak również ilustracji do niego - wszystkie zdjęcia pochodzą ze zbiorów p. Kaczmarek, z okresu międzywojennego.
Redakcja
Tekst jest przedrukowany z archiwalnych numerów gazety 'U nas O.K.'













Komentarze
Komentarze mogą być dodawane i oglądane tylko przez zalogowanych użytkowników. Zaloguj się lub zarejestruj jeśli jeszcze nie posiadasz konta.