Popularna Wukadka skończyła 82 lata. Jest pierwszą normalnotorową koleją elektryczną w Polsce. Jej zawdzięczają swój szybki rozwój miejscowości od Włoch po Grodzisk. Ma piękną przeszłość i niejasną przyszłość.
Z kolejarską (niegdysiejszą) punktualnością o godzinie 9.54 dnia 11 grudnia 1927 roku wyruszył z Grodziska Mazowieckiego do Warszawy pierwszy pociąg Elektrycznych Kolei Dojazdowych. Była to pierwsza normalnotorowa linia elektryczna w Polsce. Najpierw wydłużana, ostatnio skracana, ale wciąż łącząca ze stolicą podwarszawskie miejscowości o prawie 100 tysiącach mieszkańców.
Pomysł budowy kolei dojazdowych, jako sposób na „rozgęszczenie" przeludnionej Warszawy, powstał jeszcze przed pierwszą wojną światową. Tuż po jej zakończeniu, w grudniu 1918 roku, zawiązała się Spółka Akcyjna „Siła i Światło", która zajmowała się elektryfikacją kraju. Budowała elektrownie, fabryki kabli, linie tramwajowe, ale też prowadziła handel nieruchomościami, określany wtedy bez żenady jako „spekulacje gruntami". W ramach tego konsorcjum powstał w 1920 roku wydział budowy kolei dojazdowych. Jego szefem został inż. Tadeusz Baniewicz — wcześniej budowniczy sieci tramwajowej w Petersburgu.
Pierwszą kolej dojazdową, obsługiwaną przez parowozy, spółka wybudowała od Dworca Gdańskiego przez Młociny do Kazunia i Modlina. Ostatni jej odcinek — odgałęzienie do AWF zlikwidowali Niemcy w 1943 roku.
Pionierski zamiar zbudowania linii do masowego przewozu pasażerów o niestosowanej dotąd trakcji elektrycznej powzięła utworzona w ramach konsorcjum „Siła i Światło" Spółka Akcyjna „Elektryczne Koleje Dojazdowe".
Gdyby Braniccy zgodzili się przepuścić kolejkę przez swój Las Kabacki, albo księżna Radziwiłłowa przez Lasy Młochowskie, swój jubileusz WKD obchodziłaby nie w Podkowie, lecz w Piasecznie lub Nadarzynie. Tam bowiem według pierwszych projektów inż. Baniewicza miały prowadzić tory kolejki.
Dla projektantów chyba najmniej interesujący był słabo zaludniony kierunek południowo-zachodni. Ale tu Stanisław Lilpop, właściciel majątku Wilhelmów (obecnie Podkowa Leśna i okolice) nie tylko zgodził się na budowę torów, ale podarował grunt pod trzy stacje (Podkowa Wschodnia, Główna i Zachodnia).

W 1925 roku ruszyła budowa linii. Przy pomocy kapitału belgijskiego (sieć, szyny, tabor) po dwóch latach była gotowa. Dla wygody pasażerów wprowadzono ją systemem tramwajowym do centrum Warszawy. Końcowy przystanek był na ul. Nowogrodzkiej przy Marszałkowskiej.
Ze względu na zakaz zbliżania linii EKD do Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej na odległość mniejszą niż dwa kilometry, ostatnią (lub pierwszą) stację z warsztatami naprawczymi zlokalizowano w Grodzisku przy ulicy Radońskiej. Kiedy już zakaz cofnięto, w 1934 linię przedłużono do stacji PKP w centrum miasta. W 1932 powstało odgałęzienie kolejki do Włoch, a w 1936 z Podkowy do Milanówka. Połączono też linię EKD z PKP bocznicą z Komorowa do Pruszkowa.
Wybudowane w Grodzisku warsztaty były zlokalizowane w połowie planowanej trasy EKD z Warszawy do Żyrardowa. Gdyby nie wojna, być może powstałyby też linie z Grodziska do Mszczonowa i Błonia. W Komorowie ulica Spacerowa jest niczym innym jak rezerwą terenu pod tory kolejki do Nadarzyna. Budowę tego 6-kilometrowe-go odcinka rozważano jeszcze w latach 60., bo w Nadarzynie miało powstać duże osiedle mieszkaniowe dla pracowników Ursusa. Plany upadły z braku pieniędzy.
Tabor EKD składał się z 20 wagonów silnikowych i 20 doczepnych, zakupionych w angielskiej firmie The English Electric Company Ltd. Kupiono je bardzo tanio, bo podobno były wyprodukowane jako tramwaje dla Odessy, ale po rewolucji bolszewickiej okazały się niepotrzebne. Pierwsza partia przyjechała w kolorze kremowym, następne w kremowo-czerwonym. W 1938 roku przemalowano je na kremowo-niebieskie i w takich barwach jeździły do 1972 roku, kiedy to po 45 latach eksploatacji wymieniono tabor na cięższe wagony polskiej produkcji. Znów są w kolorze kremowo-czerwonym.

Wprowadzenie nowego taboru poprzedziła w latach 1969 - 70 modernizacja torów i urządzeń trakcyjnych na całej linii.
Co starsi pasażerowie z sentymentem wspominają angielskie wagoniki z mosiężnymi klamkami i u-chwytami, siatkowe półki na bagaż, lampy w kształcie tulipanów i pomosty oddzielone od wnętrza wagonów rozsuwanymi drzwiami. Na tych pomostach jeździły choinki, szafki, rowery i nikomu nie przeszkadzały. Nie pomyśleli o tym konstruktorzy nowych wagonów. Te, zdaniem naczelnika Zakładu Eksploatacji WKD Stanisława Kaczorowskiego, są dobre, ale za pięć, siedem lat trzeba je będzie przeznaczyć na złom. Koszt produkcji nowych jest barierą, której WKD może nie pokonać. Co wtedy z kolejką— nie wiadomo.
Lata 1939 - 1945 to piękna karta historii EKD. Wprawdzie zablokowane zostały plany rozbudowy linii, ale dzięki patriotycznej postawie załogi kolejka ratowała życie pasażerom i chroniła przed wywózką na przymusowe roboty do Niemiec, fikcyjnie zatrudniając aktorów, naukowców i działaczy podziemia.
Ostatni pociąg w czasie wojny odjechał ze stacji przy ul. Marszałkowskiej 1 sierpnia 1944 o godzinie 22, zabierając pracowników kolejki i chroniących się tam pasażerów.
W czasie Powstania Warszawskiego do 27 sierpnia utrzymywana była łączność telefoniczna z Warszawą dzięki połączeniom linii kolejowej z siecią miejską, o czym nie wiedziały władze niemieckie. Tą drogą porozumiewali się dowódcy AK-owskich oddziałów z okolic Warszawy z powstańcami i rozdzielone rodziny. Tajne połączenie wykonał pracownik EKD Czesław Szczypior.
Pociągi EKD kursowały w tym czasie najpierw z Podkowy Leśnej, później z Pruszkowa, ale tylko do Opaczy.
Po wojnie okazało się, że z 38 wagonów 18 zostało wywiezionych do Niemiec lub zniszczonych. Zniszczone były też tory i sieć, szczególnie w Warszawie. Mimo to w niecały miesiąc po wyjściu Niemców z Warszawy, 14 lutego 1945 roku, ruszył pierwszy pociąg z Grodziska do Opaczy. Ciągnął go parowóz. Pierwszy pociąg elektryczny wjechał na stację Warszawa Marszałkowska 15 maja 1945 roku.
EKD była wtedy jedynym masowym środkiem podmiejskiej komunikacji w stolicy. Brakujący tabor uzupełniono w 1948 roku wagonami wyprodukowanymi przez chorzowski Konstal według angielskiej dokumentacji.

Autobusy EKD kursowały w latach 1946 - 48 z dworca w Al. Jerozolimskich przy ul. Pankiewicza do Grójca, Żyrardowa, Sochaczewa, Błonia, Mszczonowa, Pruszkowa, Guzowa i Nowego Miasta nad Pilicą. Były to zdemobilizowane ciężarówki dodge, przystosowane do przewozu pasażerów, z miejscem na bagaż na kabinie kierowcy. Autobusowe linie EKD, długości 304 kilometrów, przewożące rocznie 5,5 min osób, włączono w 1948 roku do tworzonej wtedy PKS. Był to koniec planów rozwoju przedsiębiorstwa.
Przymusowe wcielenie Elektrycznych Kolei Dojazdowych do PKP i przemianowanie ich na Warszawską Kolej Dojazdową nastąpiło w 1948 roku. Po włączeniu w struktury molocha nikt już nie wiedział, jakie są koszty utrzymania jego maleńkiej cząstki — WKD. Wiadomo było tylko, że jak całe PKP jest deficytowa. Ale wbrew obiegowym opiniom Ekadka deficytowa była również przed wojną. Spółka „Siła i Światło" — właściciel dwóch elektrowni i fabryki kabli w Ożarowie, pośrednik w handlu gruntami, dopłacała do niej, traktując to jako dobry interes. Na kupnie-sprzedaży działek budowlanych przed i po wybudowaniu linii dojazdowej spółka dobrze zarabiała. Zarabiała też na zwiększającym się zapotrzebowaniu na prąd i urządzenia elektryczne dzięki urbanizacji terenów wzdłuż torów WKD.
A tory się skracały. Najpierw końcowy przystanek odsunięto od Marszałkowskiej do Poznańskiej, później do Chałubińskiego. Całkowicie z ulic Warszawy kolejka znikła w roku 1975. Skasowano też odgałęzienie do Włoch i zlikwidowano kilka końcowych stacji w Grodzisku i Milanówku, znów odsuwając Wukadkę od Wiedenki.
O likwidacji WKD zaczęto mówić w 1992 roku, kiedy gwałtownie spadła sprzedaż biletów, pokrywając tylko 18% kosztów utrzymania linii. W 1994 powrócono do przedwojennych doświadczeń i utworzono Zakład Eksploatacji WKD, czyli oddzielny organizm pozostający w strukturach PKP, tak jak niegdyś w Spółce „Siła i Światło". Opracowano plan poprawy rentowności kolejki. Zredukowano zatrudnienie i liczbę pociągów z 200 do 102 na dobę, a wagony i budynki stacyjne zaczęto traktować jak powierzchnie wynajmowane pod reklamy. Ambitne plany przewidywały przeznaczenie pasa gruntów wzdłuż torów na sklepy, kawiarnie, parkingi.

Z realizacji wyszło niewiele. Pokazało się trochę reklam w wagonach i na przystankach, ale udało się odwrócić gwałtowny spadek opłacalności i z 18% wyjść w 1997 roku na 58%. W 1998 wpływy miały pokryć 60% kosztów eksploatacji.
Według naczelnika Kaczorowskiego w porównaniu z innymi liniami PKP jest to wynik bardzo dobry.
Jak dotąd, niewiele też wynikło z powołania przed rokiem Rady Koordynacyjno-Programowej, składającej się z przedstawicieli gmin obsługiwanych przez kolejkę, urzędu wojewódzkiego, sejmiku samorządowego, PKP i Ministra Transportu. Rada ma pomagać w modernizacji WKD. Ponieważ do zamknięcia budżetu brakuje 40%, pan Stanisław Kaczorowski liczy na wsparcie ośmiu gmin (razem ok. 100 tys. mieszkańców), z których rekrutuje się 25 tys. pasażerów dziennie. Może samorządy i PKP u-tworzą jakąś spółkę? — zastanawia się naczelnik. Może wesprą te plany organizacje ekologiczne? Tysiące samochodów dymi w korkach, a kolejka jedzie. Jesteśmy szybsi i zdrowsi — mówi naczelnik Kaczorowski.
Są też tańsi. Wprawdzie kurs jednego składu z Grodziska do Warszawy kosztuje 301 złotych, ale za bilet na tę trasę płacimy tylko 1,60 złotych. Przejazd 35 kilometrów nawet bardzo oszczędnym samochodem jest droższy. Według badań Pentoru 20% pasażerów uważa kolejkę za najtańszy środek lokomocji, a 30% za najszybszy. Te same badania wykazują, że prawie połowa pasażerów (49%) dojeżdża kolejką do pracy, drugą grupą są uczniowie i studenci (18%).
Naczelnik WKD nie kryje też swego zadowolenia, że w porównaniu z innymi liniami PKP dewastacje taboru są u niego bardzo małe. Tłumaczy to wyższym poziomem wykształcenia pasażerów (średnie 62%, wyższe 17% i tylko 1% podstawowe).
Co dalej z WKD? Naczelnik Kaczorowski wiąże nadzieje ze zmianą podziału administracyjnego kraju. Może kolejka stanie się powiatowo-PKP-owska? Marzy mu się przedłużenie linii z Grodziska do Radziejowic, ale prawdziwą bombą dla kolejki, Warszawy i LOT-u byłby trzykilometrowy odcinek torów z Salomei do lotniska Okęcie. Budowa kosztowałaby 8 -9 min złotych. Bez pomocy rządu i samorządu Warszawy jest to jednak niemożliwe.
A byłby to najwygodniejszy i najbezpieczniejszy środek transportu z lotniska do hotelu Marriott. Prawie w jego podziemiach kolejka kończy swój bieg. Przy okazji rozwiązałoby to problem taksówkowej mafii na Okęciu, z którą policja, straż miejska i władze Warszawy nie mogą sobie od lat poradzić. Przejazd bez przystanków z lotniska do hotelu według dzisiejszych cen mógłby kosztować 5 zł, czyli „pestka" w porównaniu z taksówką (szczególnie mafijną). Przy cenie biletu 1, 60 zł na reszcie trasy, wpływy znacznie poprawiłyby rentowność przedsiębiorstwa.
Naczelnik Kaczorowski liczy na udział w przedsięwzięciu LOT-u i Marriotta.
Na razie z okazji rocznicowego jubileuszu obiecał, że od 1 stycznia br. w godzinach porannego szczytu pociągi na trasie Podkowa Leśna — Warszawa będą kursować co 10 minut, a w szczycie popołudniowym — co 20 minut.
Tadeusz Stachowicz
Tekst zaczerpnięty z archiwalnego numeru gazety 'U Nas O.K.' (01/1998, s. 14-16)













Komentarze
Komentarze mogą być dodawane i oglądane tylko przez zalogowanych użytkowników. Zaloguj się lub zarejestruj jeśli jeszcze nie posiadasz konta.