Krzysztof Teodor Toeplitz pochodził ze spolonizowanej rodziny żydowskiej Toeplitzów (napisał o niej książkę). Jego dziadem był Teodor Toeplitz, działaczPPS, współzałożyciel i prezes Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, zaś stryjem – twórca i długoletni rektor Łódzkiej Szkoły Filmowej, profesor Jerzy Toeplitz. Poniżej przedstawiamy jego wspomnienia z czasów drugiej wojny światowej.
Silne przeżycia silnie wbijają się w pamięć, mimo więc, że Otrębusy czasów wojny oglądałem oczyma dziecka, pamiętam sporo tych obrazów, a również spraw, o których się wtedy mówiło, u nas w domu i dookoła.
Wojna 1939 roku zaczęła się więc dla mnie (po tym poranku 1 września, kiedy z radia dowiedzieliśmy się o jej wybuchu, czego potwierdzeniem były odgłosy "zenitówek", dział przeciwlotniczych, strzelających gdzieś od strony Brwinowa czy Pszczelina, aby zagrodzić drogę lecącym na Warszawę niemieckim samolotom) od bardzo ładnego obrazka, jak z malarskiego kiczu. Do "dworu", jak nazywano nasz dom, przyjechał wtedy prawdziwy oddział kawalerii, z bardzo eleganckim, młodym oficerem, prosząc o obrok dla koni. Podczas gdy ładowano obrok na tabory, babcia Halina (autorka wspomnień drukowanych w "U Nas O. K." i zamieszczonych na portalu - link) zatrzymała oficera na podwieczorku, który jadło się na tarasie; mówił oczywiście, że maszeruje prosto na Berlin, a kiedy odjeżdżał, moja siostra dogoniła go w alei kasztanowej (chyba już nie ma tej alei, podobnie jak "grabówki", która kiedyś okalała park otrębusowski) i wręczyła mu kwiatek, za co on pocałował ją — małą dziewczynkę — w rękę. Cudo!
Nasz oficer nie dojechał zapewne do Berlina, tylko wraz ze swą kawalerią został rozbity w bitwie nad Bzurą, największej bitwie tamtej wojny. Trzeba bowiem wiedzieć, że według znawców wojskowości Otrębusy leżą na szlaku wojennym: każda wojna z zachodu lub z północy, jak twierdzą, musi w polskich warunkach topograficznych kulminować się nad Bzurą, a droga dojścia tam i odwrotu w stronę Warszawy prowadzi właśnie przez Otrębusy. Już w czasie I wojny światowej w Otrębusach była jakaś bitwa, pewnie po ofensywie Hindenburga w Prusach Wschodnich i, według legendy, zginął tam wówczas niemiecki obserwator, który umieścił się w wieżyczce naszego domu. Potem staraliśmy się sobie wmówić, że ten nieszczęśnik "straszy" w, domu — ale nie straszył.

Natomiast ta bitwa, która rozegrała się w Otrębusach we wrześniu 1939 roku, była całkiem realna i pamiętam ją dobrze. Na cofające się znad Bzury rozbite jednostki polskie Niemcy, którzy byli szybsi, zaczaili się w okolicy "Zosinka" i "Wierzbówka" po drugiej stronie torów kolejki EKD i kiedy rozbite resztki 36 pułku piechoty Legii Akademickiej weszły do wsi i do parku, ostrzelano je z armat. Wywiązała się walka trwająca parę godzin. Pociski zniszczyły wówczas otrębusowską oranżerię. W naszym parku zginęło kilkunastu polskich żołnierzy. Groby, które widać dzisiaj przy wejściu na cmentarz w Brwinowie, są to w dużej części polegli właśnie w Otrębusach. Ich ciała prowizorycznie zakopano najpierw w parku (popełniając przy tym, jak się później mówiło, błąd, układając jedno ciało nad drugim, zamiast obok, co dało o sobie znać podczas ekshumacji) a później pochowano w Brwinowie.
I zaraz potem do Otrębusów wkroczyli Niemcy. Pamiętam radość, że ci pierwsi zwycięzcy byli obdarci, obłachani, często poranieni — widzieliśmy w tym zapowiedź rychłej ich klęski. Jednakże babcia, która widziała takie sceny podczas I wojny światowej, studziła tę radość mówiąc słusznie, że tak właśnie wygląda każde wojsko, które idzie do przodu, rozbijając przeciwnika. Nie inaczej wyglądali żołnierze radzieccy, którzy szli przez Otrębusy w styczniu 1945 roku, w pięć lat później.
W tym momencie też zaczęła się druga wojenna specyfika Otrębusów, a mianowicie przy każdej okazji w naszym domu instalował się jakiś sztab. Zaraz po bitwie umieścił się więc na parterze sztab niemiecki, wyrzucając nas do pokoi na górze, aby później wyrzucić w ogóle. To jednak stało się jakiś czas potem, kiedy majątkiem zainteresował się niemiecki zarząd nieruchomości, tzw. Liegenschaft. Przykro mi o tym pisać, ale ów Liegenschaft utożsamia się dla mnie z osobą znajomego sprzed wojny, w dodatku używającego tytułu majora, o którym tuż przed wojną, na imprezie organizowanej przez Ligę Morską i Kolonialną, śpiewano przypochlebne piosenki jako o miejscowej znakomitości. Teraz ów major Ch. snuł się ze smętną miną za niemieckimi żołnierzami, dokonując urzędowych czynności konfiskaty Otrębusów na rzecz Generalnej Guberni. Tak to bywa.
Tymczasem jednak nadeszła zima 1939-1940, chyba najsroższa zima, jaką pamiętam. W czasie tej zimy pomału powracali chłopcy ze wsi, których pamiętałem w pięknych mundurach, gdy ich mobilizowano; jeden z nich, nie pamiętam tylko, czy z zacnej otrębusowskiej rodziny Narożniaków, czy też Sałgutów (w obu tych rodzinach była aktywna, zaangażowana społecznie młodzież) nosił mundur wojsk balonowych, co mi ogromnie imponowało. Myślę, że wówczas też zaczęła się w Otrębusach jakaś konspiracja, w której maczała palce moja ciotka Jadwiga, późniejsza Połabińska. W każdym razie już wtedy, z Grodziska bodaj, zaczął przyjeżdżać sędzia Bień, działacz ludowy, później sądzony w Moskwie w słynnym "procesie szesnastu", procesie Delegatury Rządu Londyńskiego, jedyny bodaj, który ten proces przeżył i powrócił do kraju. Zaczęły się "nocne rodaków rozmowy", podziemne gazetki, z którymi później, już po powstaniu, chadzałem z ciotką po okolicy, używany "dla niepoznaki", że niby idzie sobie zwyczajna pani z niedorostkiem...
Wtedy też zaczęła się rzecz tragiczna, a mianowicie wysiedlenie i likwidacja Żydów. W samych Otrębusach, o ile dobrze pamiętam, nie było rodzin żydowskich, ale istniał przecież bardzo żywy kontakt z Nadarzynem, typowym polsko-żydowskim miasteczkiem. Do nas z Nadarzyna przyjeżdżali bracia Feldmanowie, którzy handlowali końmi, demonstrując ich zalety w biegach dookoła klombu przed domem, handlarka Szweberblitowa, sprzedająca drób, a także piękny, młody i silny Pinkus, który jeszcze w czasie wojny przywoził do Otrębusów mięso.
Podobno Pinkusa Niemcy zastrzelili jeszcze przed wywiezieniem do getta, w lasach młochowskich, ponieważ nie chciał nosić opaski z gwiazdą Dawida.
Wydobywam z pamięci te nazwiska, aby przynajmniej zaświadczyć, że byli, istnieli, zanim zabrał ich ogień i popiół.
Środek wojny, trzy jej lata, spędziłem w Warszawie, aż do powstania. Babcia z córkami otrzymały prawo zamieszkania w domku ogrodnika. Reszta rodziny wyjechała do miasta. W dużej, czterotomowej edycji PIW-u "Ludność cywilna w Powstaniu Warszawskim" znaleźć można wzmianki o tym domku ogrodnika i działającej w nim ciotce Jadwidze, najpierw jako o punkcie kontaktowym Batalionów Chłopskich, a potem jako o miejscu, przez które po powstaniu przewaliły się tłumy uchodźców z Warszawy, wygnanych z miasta. W dużym zaś domu nadal urzędował ów Liegenschaft, natomiast w Karolinie Niemcy urządzili wielki skład amunicji, oznaczony kryptonimem "Marion", wypisanym na licznych tabliczkach i znakach orientacyjnych dla jednostek wojskowych.
Z tego ostatniego roku wojennego, zimy 1944-45, też zresztą tęgiej, trzy rzeczy utkwiły mi w pamięci. Pierwszą było kopanie rowów. Niemcy, licząc się z obroną na Wiśle, kazali wszystkim zdolnym do ruszania łopatą kopać rowy strzeleckie; kopało się je więc, nie wiadomo dlaczego, głównie w okolicach Paszkowa, ale Dygat w "Pożegnaniach" pisze przecież, że ludzie z Podkowy Leśnej kopali je również, pewnie więc ryto je także bliżej Podkowy.
Nasze rowy, na szczęście, nie przydały się do niczego, ofensywa była szybsza. Drugim wspomnieniem jest Prokop, Rosjanin, który uciekł z niewoli niemieckiej i ukrywał się — a właściwie nawet nie za bardzo ukrywał, nauczywszy się trochę po polsku — w Otrębusach. Nie było to specjalnie bezpieczne, zwłaszcza, że tej zimy w Kaniach kwaterowali własowcy, ale dobrze świadczy o Otrębusach, że Prokop dotrwał między nami do końca wojny i wtedy dopiero, wcale nie wesoły, zgłosił się do "wojenkoma" w Brwinowie; ślad po nim zaginął, można się domyśleć, co stało się dalej...
I trzecia rzecz, to był właśnie ten "Marion". W nocy z 16 na 17 stycznia 1945 nagle w wielu domach poleciały wszystkie szyby, a w małym domku pani Jakubowskiej, gdzie wynajmowaliśmy dwa pokoiki, podmuch zerwał pól dachu. To Niemcy, uciekając, wysadzili w powietrze swój skład amunicji.
Tego samego dnia wieczorem szosą od Nadarzyna na Brwinów jechały już przez Otrębusy radzieckie czołgi. Pamiętam, że na gromadce gapiów, w której stałem na wysokości domu Pokropków (starsi wiedzą, gdzie to) zrobiło pewne wrażenie, kiedy ogrodnik — późniejszy przewodniczący "komitetu folwarcznego" od reformy rolnej w Otrębusach — w sztok pijany wybiegł na środek szosy i wołając "Niech żyje armia Berlinga!" rzucił w górę kapelusz; czołg nie zmiażdżył ani kapelusza, ani pijaka, czołgista zatrzymał się, podał kapelusz właścicielowi i pojechał dalej, a za nim cała kolumna.
Tego dnia, albo nazajutrz, wróciliśmy do domu, ale na krótko i tylko częściowo — dół domu oczywiście zajmował znowu sztab, tym razem sztab I pułku samochodowego WP, którego dowódcą był radziecki pułkownik. Pamiętam go, jak odświętny i "pri wsiech ordierach" asystował co niedziela mszy polowej, która odprawiała się dla żołnierzy przed domem...
Ale to już zupełnie inna bajka.
K. T. Toeplitz
artykuł zaczerpnięty z archiwalnego numeru gazety 'U Nas O.K.' nr 2 / 1994 r.













Komentarze
Komentarze mogą być dodawane i oglądane tylko przez zalogowanych użytkowników. Zaloguj się lub zarejestruj jeśli jeszcze nie posiadasz konta.