† Śp. Ks. Leon Kantorski

W rocznicę stanu wojennego warto wspomnieć osobę Ks. Leona Kantorskiego. Przez wiele lat jeszcze przed powstaniem kościoła w Otrębusach mieszkańcy wsi uczęszczali na msze Święte do Podkowy Leśnej. To on przyczynił się do powstania naszej świątyni, był tez w niej częstym oraz jakże szanowanym i lubianym gościem. Walczył o wolną Polskę i pokrzepiał ludzi swoimi kazaniami.

W tym miejscu pozwolę sobie przypomnieć artykuł z Newsweeka z 31.07.2010 r. (red)


Brat Leon od Wolności


Stan wojenny w pełni. Prymas Józef Glemp zaprasza proboszczów na spotkanie. Powtarza apel o zaprzestanie bojkotu telewizji. Jeden z kapłanów zrywa się z krzesła. Wysoki, piękny, z burzą siwych włosów i orlim nosem. To Leon Kantorski, proboszcz z Podkowy Leśnej, małego miasteczka pod Warszawą. Zaczyna przemowę donośnie i wyraźnie. Wraz z rosnącymi emocjami przechodzi w krzyk. Rzuca prymasowi w twarz, że dla niego, człowieka przedwojennego, apel prymasa jest doświadczeniem gorszym niż okupacja. Wykrzykuje, że on, Leon Kantorski, w „niegodnej kolaboracji z Jaruzelskim” (według świadków użył tego określenia) uczestniczyć nie będzie.

Prymas z trudem przełknął pigułkę. I zapamiętał. Do 1991 roku, kiedy Kantorski przeszedł na emeryturę, nigdy nie odwiedził Podkowy. Dopiero 11 lat po odejściu z funkcji proboszcza sędziwy ksiądz doczekał się (dzięki prośbom kleru i parafian) tytułu kanonika.

– Leonowi to jednak w ogóle nie przeszkadzało. Był urodzonym buntownikiem. Buntował się przeciw władzy politycznej i kościelnej. A jako człowiek inteligentny wiedział, że ten bunt będzie miał konsekwencje – twierdzi ksiądz Wojciech Osial, proboszcz podkowiański, który w ubiegłym tygodniu pochował 92-letniego księdza Kantorskiego.

Młody Kantorski miał już ten bunt we krwi, gdy w 1943 roku uciekł do Francji, by tam wstąpić do seminarium. Wylądował w Paryżu – wojennym i powojennym, gdzie pierwsi księża robotnicy zrzucali sutanny, by po cywilu z ludźmi pracy w fabrykach poszukiwać lewicującego Boga.

– Od tego czasu wolał się ubierać po świecku – wspomina Grzegorz Dąbrowski, wychowanek księdza i dyrektor katolickiej szkoły w Podkowie Leśnej.

Z żarliwym powołaniem duszpasterskim, niechęcią do sutanny i walizką pełną francuskich książek Kantorski wraca do Polski w 1947 roku. Konkretnie – do parafii w powiatowym miasteczku Buk. Tam zakłada Krucjatę Eucharystyczną, alternatywę dla czerwonego harcerstwa. W kolejnych parafiach – w Poznaniu, Śmiglu i Warszawie – udoskonala swoje pomysły na pracę z młodymi. Zabiera ją na nielegalne obozy, gdzie zamiast o Stalinie mówi się o Bogu.

W 1964 roku Kantorski trafia do Podkowy Leśnej. Miasteczka niezwykłego, zbudowanego w środku lasu, według spójnego planu urbanistycznego, z szacunkiem dla drzew, ptaków i wiewiórek. Miasteczka, które przed wojną było letnią mekką warszawskiej bohemy. W którym swój salon otwierał Jarosław Iwaszkiewicz, a bzy w ogródku poetki Ireny Krzywickiej sadził Tadeusz Boy-Żeleński. Powojenna Podkowa też próbuje zachować wyjątkowość. Choć w każdym domu jednorodzinnym gnieździ się kilkanaście rodzin, które przygnał tu upadek Warszawy, miasteczko odbudowuje intelektualne salony. Tylko przy malutkim kościółku podkowiańskim niewiele się dzieje. Na szczęście działa chór. Gdy ksiądz Leon wpada na chwilę zobaczyć przyszłą parafię, słyszy próbę muzyków. Rozumie, że ma już zaczątek wspólnoty.

Pierwszej niedzieli nowy ksiądz wychodzi po mszy przed świątynię. Rozmawia z wiernymi. Doświadczenie francuskie podpowiada, że nie może pozwolić ludziom z kościoła odejść, bo nie wrócą.

Zaczyna organizować ludzi. Najpierw do budowy plebanii. – Znalazły się materiały, gdy ich nie było, i znalazły się ręce do roboty – opowiada Władysław Gołąb, prezes Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi w Laskach, przez lata przewodniczący rady parafialnej przy księdzu Leonie. Staje plebania znacznie większa niż planowano. Ale nie księdzu służy. Ten do wieku starczego śpi na łóżku polowym i odmawia kupna normalnego. Odmawia też kwiatów na imieniny. Prosi zawsze o kopertę. Tylu ludziom trzeba pomóc.

Tylko dobrego jedzenia nie potrafi sobie czasem odmówić. Zwykle jada skromnie, ale jak już coś uczcić, to potrafi z przytupem. Najwierniejszych wychowanków potrafi zabrać na kolację do najlepszych warszawskich restauracji. Zawsze elegancki, w garniturze i z koloratką, z burzą włosów zaczesanych do tyłu, bywa chętnie w zachodnich, a po 1989 roku i ościennych ambasadach. Już na starość prosi przyjaciół: – Zawieźcie na dobrego prosiaka. Wieźli. Bratu Leonowi się nie odmawiało.

„Bracie” każe mówić do siebie już od początku pobytu w Podkowie. To dziwi. W roku 1964 papież jest jeszcze noszony w lektyce, a prymas Wyszyński mówiąc o sobie używa formy „my”. Ale rok 1964 to dopiero początek szoku. Już w kilka tygodni po zakończeniu II soboru (1965) Kantorski reformuje. – Przyszliśmy do kościoła i ołtarz był odsunięty od ściany. Ksiądz stał przodem do nas – wspomina Dąbrowski. Akurat tę zmianę Podkowa przyjęła dobrze. Ksiądz Kantorski tak ekspresyjnie odprawia mszę świętą, że ludzie, którzy mogli to wreszcie zobaczyć, stali jak zaczarowani.

Gorzej jest z kolejnymi zmianami. Proboszcz postanawia, że podkowianie będą przyjmowali komunię na stojąco i na rękę. W końcu lat 60. to obyczaj nielegalny. Do prymasa Wyszyńskiego płyną skargi. – Zakazał Leonowi podawania komunii do ręki. Leon z trudem, ale się podporządkował – mówi Gołąb. Na legalizację takiej komunii polscy katolicy poczekają jeszcze 30 lat.

Skargi do prymasa płyną także z innych powodów. W 1966 roku zespół bigbitowy Trapiści na stałe zagościł w podkowiańskim kościele. Gdy szarpidruty grają na procesji Bożego Ciała, część podkowian jest zgorszona. A co dopiero się dzieje, gdy tutejsza kompozytorka, Katarzyna Gaertner, za namową księdza pisze mszę bigbitową! W 1968 roku zespół Czerwono-Czarni gra ją w świątyni. Tego dnia muzyka rockowa po raz pierwszy gości w katolickim kościele. Nie w Polsce. Na świecie.

Msza bigbitowa powtarzana jest co niedziela. Młodzi stoją przy ołtarzu, za ołtarzem, wokół ołtarza. Podkowa wymyka się spod hierarchicznej kontroli.

– Ksiądz prymas poczuł się zaniepokojony. Ludzie pisali donosy. Nie wiedział, co tam się dzieje – opowiada ksiądz Osial. Wysyła więc prymas do Podkowy księdza Zdzisława Peszkowskiego (późniejszego kapelana Rodzin Katyńskich), który w tamtych latach mieszka w USA i do Polski przyjechał na chwilę.

Peszkowski jedzie kolejką podmiejską. Na każdym przystanku do wagonów dobijają tłumy młodych. Wysypują się w Podkowie i karnie maszerują do kościoła. Ksiądz Peszkowski jest pod wrażeniem. Przekonuje prymasa. Ten zaprasza muzyków do swojego domu na koncert.

– Prymas zrozumiał, że to punkt dla Kościoła w walce o dusze – twierdzi ksiądz Osial.

Te punkty zdobywane przez Kantorskiego w walce z komunistami są źródłem wyrozumiałości, z jaką żelazny prymas traktuje „szalonego” proboszcza. Osłania kapłana przed ciosami parafian, bezpieki, innych hierarchów. A skargi zewsząd płyną. Gdy Kantorski odnawia stary podkowiański zwyczaj święcenia samochodów. Gdy zaczyna święcić zwierzęta (zwyczaj upadł), nawiązując do idei kościoła-ogrodu w mieście-ogrodzie. Nawet przebudowa ogrodu kościelnego i stworzenie sektora biblijnego z drzewami jak z Izraela budzi podejrzenie o sekciarstwo. – Nikt wtedy nie słyszał o ekologii. Franciszkańska miłość natury była w zapomnieniu – mówi obecny proboszcz, który do ogrodu stworzonego przez księdza Leona wprowadził ryby, kaczki, żółwie, gołębie, papugi i pawie.

Z zarzutami dziwnego i niezrozumiałego kultu spotyka się też stworzona przez księdza grupa modlitewna Agapa. – Leon był zwolennikiem małych grup parafialnych. Uważał, że parafia to nie tylko poszczególni ludzie, ale i wspólnoty – wspomina Gołąb. Członkowie grupy spotykają się co miesiąc na własnej, bardzo osobistej mszy świętej. Dyskutują o Biblii. Poziom uczestnictwa ludzi świeckich w liturgii jest niespotykany w innych parafiach.

O ile Agapa to grupa dla dorosłych, o tyle dzieciom poświęcona jest organizacja Świetliki. Rodzi się w 1973 roku, gdy ksiądz zabiera grupę dzieciaków na obóz (rzecz jasna nielegalny). Od tego roku do Świetlików zorganizowanych na wzór przedwojennego harcerstwa ciągną tłumy dzieci i młodzieży. – Pamiętam lata, gdy na obozy jeździło i 200 dzieci. W spartańskie warunki, z opiekunami niewiele starszymi od siebie. I wszystko grało – wspomina Dąbrowski, który w Świetlikach był trzeci. Po Bogu i księdzu Leonie.

W 1977 roku nie zagrało. Bezpieka, którą ksiądz denerwuje od lat, rozbija obóz. Dzieci muszą opuścić zajmowane budynki w Bóbrce. Kantorski zabiera młodych do Krosna, do klasztoru Franciszkanów. Mimo niechęci przeora dekują się w klasztornych budynkach. Ogłaszają jednodniowy strajk głodowy na znak protestu przeciwko szykanowaniu młodzieży katolickiej. Klasztor obstawia SB i milicja. Informacje o proteście podaje Wolna Europa. Ksiądz Kantorski i jego dzieci są sławni. A rodzice… Nawet się nie zastanawiali, że może brat Leon za mocno gra ich dziećmi.

– Jego pozycja była niepodważalna. Co mówił – było święte. Choć przyznaję, nie był łatwy. Żądał wiele od siebie. Ale i od nas. Nie rozumiał odmowy – mówi Grzegorz Dąbrowski. Mariusz Traczyk, kolega ze Świetlików, a dziś zastępca Dąbrowskiego w szkole, napisał w świetlikowych wspomnieniach wprost: „Ksiądz był autokratą, choć zawsze pozostawał w stosunku do nas szczery i uczciwy”.

Sam śpi z dziećmi na podłodze i żąda od nich, by wyrzekły się wygody. Chce, by budowały wspólnotę. Gdy kilkoro przed wyjazdem na obóz kupuje lody, ksiądz wyrzuca je na peron. Trzeba się dzielić.

On się dzieli. Swoim kościołem. Nie waha się, gdy w maju 1980 roku Jan Józef Lipski prosi, by członkowie Komitetu Obrony Robotników mogli urządzić w Podkowie strajk głodowy w obronie więźniów politycznych. Głodują Jacek Kuroń, Bronisław Wildstein, Aleksander Hall, sam Lipski i inni. – To było jedyne takie wydarzenie w moim życiu – mówi „Newsweekowi” Hall.

Hallowi najbardziej utkwiły w pamięci codzienne msze święte, na które z każdym dniem przychodziły większe tłumy. W 10. dniu głodówki Mirosław Chojecki, więzień, o którego walczą, odzyskuje wolność. Jedzie do Podkowy. Staje przed księdzem. – Byłeś hipisem? – pyta brat Leon. – Byłem – odpowiada Chojecki. Spotkali się przed laty, gdy Kantorski był młodym księdzem, który chodził do hipisowskiej komuny. – Nie chciał nas indoktrynować. Chciał poznać, porozmawiać – mówi Chojecki.

W 1980 roku Chojecki nie ma już długich włosów i daleko mu do wszelkiej komuny. Trafia na ostatnią głodówkową mszę. Ksiądz Leon oburzony doniesieniami komunistycznej prasy o tym, jak głodujący w kościele św. Marcina w Warszawie wymykali się tylnymi drzwiami, postanawia: od niego wyjdą frontem. – Tłumy i szpaler pośrodku. W nim szli głodujący. Biły wszystkie dzwony. Po raz pierwszy w życiu poczułem, co to jest wolność – mówi Dąbrowski.

Ta wolność narasta w Podkowie przez lata. Buduje ją ksiądz Leon kazaniami, na które przychodzą ubecy z mikrofonami. Ksiądz zwykł do nich przemawiać: – Będzie teraz kazanie, panowie, włączcie magnetofony. A w kazaniach mówi o miłości, miłosierdziu i wolności. Ale potrafi i wprost. W czasie głodówki podkowiańskie dzieci roznosiły ulotki. Esbecy im je wyrywali. Mariusz Traczyk napisał, że wtedy ksiądz chodził z megafonem i krzyczał: – Panowie ze służby bezpieczeństwa! Tchórze jesteście! Dzieci napadacie! Z kolei Grzegorz Dąbrowski pamięta, że ksiądz wykrzykiwał z ambony: – I pamiętajcie – nie wolno wierzyć komunistom!

Sam wierzy zbyt mocno. Do tego stopnia, że w latach 60. rejestrują go jako tajnego współpracownika. – On chrzcił esbekom dzieci, potajemnie ich spowiadał, dawał śluby. Rozmawiał z nimi, słuchał ich żalów. A im opowiadał o swoich trudnościach z hierarchią – tłumaczy Gołąb. Z kolei Grzegorz Dąbrowski uważa, że Kantorski nie przykładał do ubeckich kwitów żadnego znaczenia. Robił dalej swoje i nie przejmował się, co o nim piszą.

Raz jednak czuje się zobowiązany powiedzieć parafianom o kontakcie z tajną policją. 13 grudnia 1981 roku, gdy nocą wywożą go nie wiadomo gdzie. Nad ranem odwożą do domu, rezygnując z internowania. W tę niedzielę wychodzi przed ludzi i mówi – podpisałem lojalkę. Ludzie słyszą i… zapominają.

W Podkowie nie pamięta się gorszych stron brata Leona. Ani lojalki, ani tego, że dzieciakowi potrafił przylać, ani że uparty był i przekonany do swej racji. Podobnie jak czepiania się szczegółów, tępienia ludzi choćby za to, że źle akcentują wyrazy. – Nie ma ideałów – kwitują w Podkowie.

Gdy wyspowiadał się wiernym z lojalki, od razu zaczął organizować Parafialny Komitet Pomocy Bliźniemu. Pomogły Świetliki, rada parafialna, wszyscy, których zgromadził wokół siebie przez te lata. Odświeżył stare kontakty francuskie i do Podkowy zjeżdżały ciężarówki z darami.

Do 1989 roku Podkowa pozostaje opoką opozycji. Do kościoła przyjeżdżają opozycyjni aktorzy, którzy nie mają gdzie grać, odbywa się jeszcze strajk głodowy. Ale ksiądz Kantorski jest już gdzieś dużo dalej. Wierzy, że upadek komuny jest tylko kwestią czasu. Nie musi się już tym zajmować. Teraz jego troską jest ekumenizm i pojednanie między narodami. Już w 1986 roku we współpracy z Akosem Engelmeierem, węgierskim opozycjonistą mieszkającym w Polsce, organizuje wielkie obchody 30. rocznicy węgierskiego zrywu z 1956 roku. Podczas uroczystej mszy ksiądz Leon poświęca dwujęzyczną tablicę upamiętniającą ofiary węgierskiego powstania. To pierwsza taka tablica w całym bloku komunistycznym! Zaraz po uroczystościach proboszcz chowa tablicę w obawie przed SB-ekami. Wywiesza ją na dobre dopiero po wyborach w 1989 roku.

Dwa lata wcześniej w podziemiach jego kościoła zawiązuje się Solidarność Polsko- -Węgierska. Jej akt założycielski sygnuje między innymi Arpad Göncz, węgierski dysydent. Ten sam Göncz już jako prezydent niepodległych Wegier odznaczy Kantorskiego Medalem 1956 roku.

Ale w ostatnich latach komunizmu ksiądz nie ogranicza się do kontaktu z Węgrami. Organizuje msze pojednania z Ukraińcami i Litwinami. Już w wolnej Polsce, w 1991 roku, przechodzi na emeryturę, ale nie zwalnia. Pozostaje w Podkowie i zaprasza do siebie protestantów z różnych odłamów. Walczy ze stereotypami. Denerwuje go, że często podtrzymuje je szkoła. Dlatego idée fixè, która nie opuści go, to stworzenie w Podkowie wielkiego centrum edukacyjnego, które wychowa mądrych i prawych ludzi.

– Kiedyś rzucił, że dobrze byłoby, gdyby tu powstała szkoła. Dobra i mądra – uśmiecha się Dąbrowski. On sam jest dyrektorem tej szkoły od 1989 roku. Powstała jako jedna z pierwszych katolickich szkół społecznych. Dzięki uporowi księdza i jego Świetlików. Dziś działają podstawówka i gimnazjum. Księdzu marzyły się jeszcze liceum i uniwersytet. – To się chyba nie uda – przyznaje Dąbrowski.

Księdzu Leonowi nie udało się doczekać momentu, kiedy dzieło jego życia – nowy budynek katolickiej szkoły – zostanie otwarty. Zabrakło miesiąca. Wielka inauguracja odbędzie się we wrześniu. Ale właśnie teraz, po śmierci, doczekał najpiękniejszego. W lejącym deszczu w ogrodzie podkowiańskiego kościoła na jego pogrzebie stawiły się tłumy. Były Świetliki z dziećmi i wnukami. Byli ci, którzy głodowali, i ci, za których głodowano. Były resztki Trapistów i ostatni długowłosi hipisi. Policjanci, którym wywalczył posterunek w Podkowie stanęli przy jego trumnie. A przede wszystkim była cała Podkowa. Parafia, o której zwykł mówić jak o kobiecie: moja najukochańsza.

I wszyscy ci ludzie mimo ściśniętych gardeł bardzo starali się nie płakać. Bo brat Leon strasznie krzyczał na tych, co płaczą na pogrzebach. No bo jak można płakać po kimś, kto poszedł do najlepszego domu?

 

 

Komentarze

Komentarze mogą być dodawane i oglądane tylko przez zalogowanych użytkowników. Zaloguj się lub zarejestruj jeśli jeszcze nie posiadasz konta.

Powrót